Grecka epika


Paralia tętniła. Krzykami Albańczyków zapraszających do obsługiwanych przez siebie restauracji, wykłócającymi się Rosjanami przy pełnych pamiątek i ciuchów straganach - bliskich kuzynach naszych nadmorskich kramów - oraz upałem, który wżerał się w beton wchodzący praktycznie na plażę. Dzień zaczynał się o szóstej, bo o tej ruszały na ulicy miotły, na końcu których starsze kobiety wyśpiewywały grecką nostalgię. Melodie ich piosenek zagłuszane były jednak od wczesnego rana przez śmieciarki, a Zuzia próbowała poprzez nałożenie poduszki na głowę uciszyć jej pulsujący ból, który był pochodną wymieszania ouzo i wina rycynowego stanowiących powitalny zestaw polskiego turysty. Było gorąco, głośno i pomimo kaca, wspaniale. Sen nie-sen o poprzednim wieczorze zawierał podkręcone procentami wspomnienia o popijawie przy basenie, brataniu się z ekipą ze Szczecina, dzikich tańcach na dyskotece na plaży i ciemnookim kelnerze z Kalimery, który wpadł na imprezę po skończonej pracy. Zuzia zastanawiała się w sumie, czy po polsku nie brzmiałoby durnie „Pracuję w Dzień dobry, widziałem cię tam dziś wieczorem”, ale szeptane z greckim akcentem „I work in Kalimera, I saw you there tonight” zakręciło jej w głowie. Może była to bardziej zasługa picia bez umiaru na powitanie Morza Egejskiego, a i mity o herosach i erosach poznawane w szkole zrobiły swoje, ale przecież pewność siebie i ciemna skóra chłopaka nie były też bez znaczenia. Zuzia dała się objąć, chwycić za cycek, z przyjemnością wygięła szyję do przyjęcia pocałunku i sama spróbowała czy usta Jorgosa smakują tak pysznie, jak wyglądały. Z tego co zapamiętała, to nie, raczej odrzucił ją oddech przeżarty papierosami zaprawiony mocą anyżówki, ale kto by skupiał się na drobnostkach, kiedy wszędzie królowała młodość, chudość, zajebistość. „Ale ty z tą chudością to się nie rozpędzaj, ciebie nie dotyczy” – warkot ratlerka wtargnął między ekscytujące reminiscencje i Zuzia otworzyła oczy, by nie zostać z wredną suczką w jakiś odmętach świadomości. Zewnętrzne rolety były zaciągnięte, co nie przeszkadzało słońcu wpadać przez małe dziurki, które znaczyły ich przestrzeń. Rozproszone promienie osiadały więc na rozrzuconej wczoraj bieliźnie, do której nikt się nie dobrał, sukience, która jakby na przekór została porządnie złożona i leżała grzecznie na krześle, na miękkich włosach Zuzki, które mocno śmierdziały. Wyglądało na to, ze nie wzięła wczoraj prysznica - film z wczorajszego bratania się z grecką ziemią jakoś nie zawierał kąpielowych kadrów - Zuzia westchnęła więc i zwlokła się z łóżka, żeby dopełnić rytuału higieny. Kiedy wyszła z łazienki podciągnęła rolety, by zobaczyć grupę powracających z nocnych przygód chłopaków, którzy śpiewali o jebaniu Legii, co spowodowało, że poczuła się zarazem swojsko, jak przy Bułgarskiej, jak i wkurzona, ze siostra wybrała miejscówkę pełną rodaków. Wykręciła włosy, krople spadły na parapet by zaraz wyschnąć, a ona stała boso na kafelkach, w szumnie obdarowanym czterema gwiazdkami hotelu w kraju, który zawsze fascynował ją historią i sztuką. 
Niebo było bezczelnie bezchmurne jedynie z plamką sylwetki paralotniarza, ale słyszała tylko polskie przekleństwa, hałas śmieciarki i warkot w głowie, który głosem ratlerka przypominał jej, że te wakacje to już zaraz się skończą i trzeba będzie brać się do roboty. Słońce nic sobie jednak nie robiło z tych wszystkich efektów dźwiękowych i zaświeciło jej w oczy tak mocno, że musiała je zmrużyć i przyznać, że ten poranek bez względu na wszystko jest i tak po prostu epicki.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Truskawką zagryźć Hanutę

Wymęczyć ratlerka