Wymęczyć ratlerka


Zuzia wskoczyła na rower. Nie dość, że głowa pękała, to jeszcze ten szczekot myśli, ujadający natrętny ratlerek, który zawsze potrafił wyskoczyć w najmniej oczekiwanym momencie. Wczorajsze wyjście z Karo okazało się niewypałem, Zuzia czuła się nieswojo w klubie, w którym co druga laska wyglądała jak z Insta. No, może co trzecia. A na pewno co druga robiła sobie selfie i je wrzucała na jakieś społecznościówki. Karo śmiała się, tańczyła, wyciągając ręce po Zuzię, która nie umiała wejść w jej orbitę. Choć tak byłoby łatwiej zaistnieć, zaznaczyć swoją obecność, Zuzia wolała usiąść w kącie, niż poruszać się po obrzeżach siostry. I miłość pomieszana z żalem, że to Karolina jest ta pełniejsza, słoneczniejsza. 
- Czego się tak tu kulisz? - kiedy Zuza zobaczyła wychudzonego brzydala, który już szykował się, żeby usiąść koło niej, dopadł ją gwałtowny atak beznadziei. Uciekła do toalety, gdzie wybuchła potwornym płaczem. Klubowy kibelek pełen był westchnień, poprawek makijażu i wdzięczenia się przed lustrem, więc ten ryk totalnie tam nie pasował. Gdzie ta komórka... Boże... Chcę już do domu... Zuzka w amoku przerzucała przedmioty w czeluściach nonamowej torebki, którą wynalazła na jakimś targu w Grecji. Spojrzała w lustro. Matko, ten tusz miał być wodoodporny! Szybki telefon i Zuzia wybiegła z klubu. W okularach przeciwsłonecznych. W środku nocy na Wrocławskiej. Miała to gdzieś. Byle tylko już tu nie być. Jesteś taka beznadziejna, nawet na imprezę nie warto cię brać, teraz jak idiotka w okularach szczekot ratlerka w głowie stał się nie do wytrzymania. Łzy po prostu ciekły spod okularów. Tych samych, które teraz osłaniały oczy Zuzi przed muszkami, kiedy przemierzała trasy wokół jeziora. Myśli z wczorajszego wieczoru nadal męczyły, ale z każdym naciśnięciem na pedały robiło się odrobinę lżej. Tak, jakby siła wkładana w poruszanie kołami odblokowywała wspomnienia, które ulatywały rozpuszczone w rześkim powietrzu. Pachniało spokojem, ale i energią. Wydech. Żeby oczyścić i zrobić miejsce na nowe. Wdech. Nowa świeżość, wilgoć wchłaniana nie tylko nosem, ale każdym porem skóry. I myśli zaczęły się jakoś spokojniej układać, jakby odnajdywały swoje miejsce, jakby  ruch wyrzucał te ratlerkowe daleko. Zuzia spojrzała na licznik. Dobra, Hanuta spalona. Mogła zwolnić tempo.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Truskawką zagryźć Hanutę