Zuzioterapia



Kris zaparkował w na tyle ustronnym miejscu, że mogła od razu iść siku. Poprosiła go już w trakcie drogi, żeby zatrzymali się, bo nie wytrzyma, ale obiecał, że w ciągu pięciu minut będą na miejscu, więc zacisnęła nogi i zęby, ale minuty dłużyły się niesamowicie. Kiedy więc dotarli, Kris szybko wyszedl z auta i poszedł gdzieś przed siebie leśną drogą, a Zuzia podciagnęła sukienkę i poczuła błogość i ciepło na pięcie.

Zawsze się muszę osikać - ofuknęła się i nagle przypomniała sobie, że tu mogą być kleszcze. Euforia spowodowana zaspokojeniem fizjologicznej potrzeby ustąpiła miejsca lękowi. Szybko wstała z kucków, wyciągnęła z leżącej na masce renówki chusteczkę nawilżoną i wytarła nią dłonie, a potem piętę. Zastanawiała się, czy nie rzucić chusteczki w krzaki, ale przypomniała sobie jakiś obrazek z neta z uduszonym ptaszkiem i schowała ją do woreczka. A tych miała zawsze w torebce sporo. Gdzieś trzeba było upychać opakowania po pochłoniętych słodyczach. Dopiero kiedy zapinała torebkę zauważyła, gdzie jest. Miejsce było niezwykłe. Sosnowy las, w którym się znajdowali, otwierał się tu na szeroką polanę. I nie była to przesieka z jakimiś badylami, ale pokryta częściowo mchem przestrzeń z oczkiem wodnym pośrodku. Oprócz mchu podłoże porośnięte było małymi, niebieskimi kwiatkami. Zuzia podeszła do stojącego na straju drogi Krisa i zapytała: 

- Niezapominajki?

Chłopak na dźwięk jej głosu odwrócił się i uśmiechnął.

- Nie znam się. Ale fajnie, co?

- Fajnie - Zuzia pomyślała, że chciałaby, żeby zrobił jej zdjęcie na tym tle. Błękit sukienki, kolor tych kwiatów, kontrastujące z brązem i zielenią sosen stworzyłyby co najmniej dobrą kompozycję. Ratlerek warknął jednak ostrzegawczo coś na temat przewracania się w głowie, więc szybko porzuciła tę myśl, by nie drażnić psa.

- Chodź - Kris wziął ją za rękę i pozwoliła się poprowadzić, mimo wstydu, że dłoń  spocona i że w ogóle jest w jego dłoni.

Kręcił ją. Może nawet nie on sam, ale fakt bycia z facetem gdzieś w środku lasu, tego że przywiózł ją w romantyczne miejsce, że szli za rękę. A przecież już kilka razy to przeżywała i nie powinno robić takiego wrażenia. Ale zrobiło na tyle, że kiedy odwrócił się i ją pocałował, to otworzyła usta i poczuła jego język. Widziała spod przymkniętych powiek, że on swoje mocno zacisnął. Przesunęła językiem po jego wardze. Zaraz jednak tego pożałowała, skarcona ratlerkowym warkotem: dziwka, najlepiej od razu mu daj na tej polanie, nie mogłaś nawet poudawać, że nie jesteś taka łatwa.

Nagle leśna łąka straciła cały swój urok, lęk ścisnął jej usta, odsunęła się od chłopaka i ziewnęła. Często w chwilach stresu zaczynała ziewać, jakby tchu jej brakło, ale ten moment był wyjątkowo zły na taką reakcję organizmu. Kris chyba pomyślał podobnie, bo skrzywił usta i wydał coś w rodzaju westchnienia. Usiedli mimo to na pniu, który nie był może super wygodny, ale stanowił jakby oczywisty wybór. Pary na randce w lesie siadają na pniach. Prawda?No chyba że od razu się na siebie rzucają. Wtedy niekoniecznie dzieje się to na pniu, wystarczy się o niego oprzeć.

Ratlerek zaczął poszczekiwać ponownie jakieś słowa na "dź", ale Zuzka nie miała już ochoty na słuchanie go, gdyż zagłuszał to, co mówił Kris i z trudem mogła nadążyć za chłopakiem. A ten gadał coś o rowerze, jak to on, ale Zuzia wyczuła w jego głosie  napięcie. A może spadek energii? Pewnie przez to, że się odsunęłam, już cały klimat chwili poppsuty, zawsze to robię, psuja. 

Wyciągnęła rękę i dotknęła pnia tuż obok uda Krisa, jakby ten ruch do miał wynagrodzić brak skupienia na jego monologu. Przestał mówić i popatrzył na nią. Jakoś trochę smutno, a może po prostu uważnie. Zuzia poczuła, że robi się cała czerwona.

- Wiesz co to sylwoterapia? - zapytała, żeby jakoś przerwać te ciszę, która przecież cisza wcale nie była, wypełniona śpiewem różnych mniej lub bardziej uzdolnionych melodyjnie ptaków. 

- Nie, ale chętnie bym posłuchał o zuzioterapii -  Kris naparł nogą na jej dłoń i lekko pochylił się w jej stronę, strącając przy okazji leżącą na pniu szyszkę. 

Zuzka szybko zabrała rękę i zaczęła nią gestykulować:

- Ale to nic z żadną Sylwią nie ma wspólnego, to jest przytulanie drzew. No taki kontakt z dzikością, naturą. 

- Zuzka - Kris złapał ją za rękę. - O czym ty pieprzysz? Żadnych drzew nie będę tulił, jak mogę potulić taką dzikuskę jak ty. No chodź już. Patrz, scenerię mamy jak w holiłudzie. Przyciągnął ją do siebie. Przejechała tyłkiem po korze pniaka, ale nie dała po sobie znać dyskomfortu. Mimo że trochę zabolało. I jeszcze te potencjalne kleszcze. Trzeba było w dresie, a nie sukienka. Poza tym tak ma zbyt łatwy dostęp. W spodniach jednak zawsze bezpeczniej. Jedna myśl za drugą, byle tylko uciec od tu i teraz, od jego zapachu, od tego że obejmuje, że chwycił za pośladek, że ścisnął go tak, że już polizał szyję, tam zaraz nad obojczykiem. I ten warkot ratlerka, oddech Krisa, kukułka, jaskółka, nie jaskółki nie latają w lesie. A może mogą? Stop. Chcę tu być. Zuzia spojrzała na Krisa, który podniósł głowę znad jej piersi. To zamglone spojrzenie. Oblizała wargi. Celowo. Chciała mu te oczy jeszcze zamglić, poczuć jak to jest mieć tę chwilową kontrolę nad jego stanem, nakręcić go jeszcze trochę.

Chwycił ją za tyłek i posadził na sobie. Poczuła, że cyckami dotyka jego twarzy i ratlerek zawył dziko. Niech się drze, jak musi. Ja też muszę. Chwyciła wargami jego dolną i przesunęła po niej językiem. Wydał jakiś dźwięk, który wzięła za jęk rozkoszy, ale poczuła dziwne usztywnienie jego ciała  i to nie w miejscu, w którym by się  go spodziewała. Przymknęła oczy i próbowała dalej go całować, ale dźwięk, który wydawał nie ustawał, jego ciało nie poddawało się pieszczocie, a warkot ratlerka nasilał się. W końcu odsunęła głowę.

- Uciekaj! No już! - uwolnione usta Krisa wreszcie wyartykułowały to, co próbowały wcześniej. 

Spojrzała przerażona na Krisa, nie rozumiejąc, dlaczego miałaby uciekać i dokąd. Jednak głośny szczek przywrócił ją do tu i teraz i zobaczyła, że koło pniaka ujada jakiś kundel. Prawdziwy. Że tym razem to nie ratlerek, a kundel w sumie też nie. Maltańczyk chyba. Szczekający. 

- Milooord! 

Zuzka zsunęła się z kolan, jeden pośladek na pniu, drugi. Plask, plask. Odwróciła głowę w kierunku glosu.

Na ścieżce pojawiła się dziewczyna. Zuzia zagapiła się, bo było na co patrzeć. Kris zahaczył o nią wzrokiem odrobinę za długo, co nie uszło uwadze Zuzi. O tyle za długo, że stracił szansę na ponowne usadzenie jej na sobie. No co za gnój. Dopiero co ja, a już się lampi na nią. Ale fakt, że dostała wszystko. 

Zbliżającą się szatynka miała włosy w lekkim nieładzie, duże, ale jasne usta i przykrótką koszulkę ukazującą brzuch z  okładki gazety "Jestem fit". Gdyby taka gazeta była. Była niedbale oszałamiająca, co Zuzka przyznała z irytacją podczas wciągania swojego brzucha, analizując, czy Kris go nie dotknął i teraz nie porównuje do tego, który bezczelnie pysznił się tuż przed nimi. 

- Sorry za Milorda - dziewczyna uśmiechnęła się i przypięła psa. - To też moje ulubione miejsce, przyjemności - rzuciła odchodząc i zostawiając Zuzię w totalnej rozpaczy po obejrzeniu jej tyłka. 

Niebieskie kwiatki jakoś straciły intensywność swojego koloru, ptaki zamilkły, a Kris... Mógł jedynie odwieźć ją do domu. 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Truskawką zagryźć Hanutę

Wymęczyć ratlerka