Grecka epika
Paralia tętniła. Krzykami Albańczyków zapraszających do obsługiwanych przez siebie restauracji, wykłócającymi się Rosjanami przy pełnych pamiątek i ciuchów straganach - bliskich kuzynach naszych nadmorskich kramów - oraz upałem, który wżerał się w beton wchodzący praktycznie na plażę. Dzień zaczynał się o szóstej, bo o tej ruszały na ulicy miotły, na końcu których starsze kobiety wyśpiewywały grecką nostalgię. Melodie ich piosenek zagłuszane były jednak od wczesnego rana przez śmieciarki, a Zuzia próbowała poprzez nałożenie poduszki na głowę uciszyć jej pulsujący ból, który był pochodną wymieszania ouzo i wina rycynowego stanowiących powitalny zestaw polskiego turysty. Było gorąco, głośno i pomimo kaca, wspaniale. Sen nie-sen o poprzednim wieczorze zawierał podkręcone procentami wspomnienia o popijawie przy basenie, brataniu się z ekipą ze Szczecina, dzikich tańcach na dyskotece na plaży i ciemnookim kelnerze z Kalimery, który wpadł na imprezę po skończonej pracy. Zuzia zastanawiała si...